Stany Zjednoczone nie bawią się w półśrodki. Departament Sprawiedliwości (DoJ) zaproponował gruntowne zmiany w strukturze Google, które mogą przyprawić o ból głowy nie tylko prezesa Sundara Pichaia, ale i całą Dolinę Krzemową. W grę wchodzi sprzedaż przeglądarki Chrome, pięcioletni zakaz udziału w rynku przeglądarek oraz – jeśli to nie wystarczy – sprzedaż systemu Android. Wszystko po to, by ukrócić monopol Google w obszarze wyszukiwarek internetowych.
Te propozycje to efekt przełomowego orzeczenia z sierpnia, kiedy federalny sędzia uznał, że Google utrzymuje nielegalny monopol na rynku usług wyszukiwania. Teraz to samo orzeczenie będzie analizowane przez sędziego Amita Mehtę, który zdecyduje, jakie kroki podjąć. Rozprawa odbędzie się w kwietniu przyszłego roku. Co więcej, Google może jeszcze przedstawić swoje kontrpropozycje. Ale w starciu z DoJ, który mówi wprost o „nieuczciwej przewadze” i „niesprawiedliwym boisku do gry”, łatwo nie będzie.
Poza sprzedażą Chrome i potencjalną sprzedażą Androida, DoJ chce, by Google umożliwiło konkurencji dostęp do swojego indeksu wyszukiwania – czyli bazy danych, która zawiera informacje o stronach internetowych. Chodzi również o blokadę opłacania firm trzecich (np. Apple) za ustawianie Google jako domyślnej wyszukiwarki oraz możliwość blokowania przez twórców treści wykorzystania ich danych do trenowania modeli AI.
Departament domaga się też zakazu inwestowania przez Google w konkurentów na rynku wyszukiwarek czy technologii AI. Zdaniem DoJ, Chrome – który kontroluje ponad 50% rynku przeglądarek w USA – to „brama do internetu” dla większości użytkowników, a jego sprzedaż mogłaby zmienić układ sił. Szacowana wartość Chrome? Nawet 20 miliardów dolarów.
Rzecznik Google, Kent Walker, nie przebierał w słowach, nazywając plany „skrajnymi i szokującymi”. Przekonuje, że realizacja postulatów DoJ zaszkodzi zarówno konsumentom, jak i bezpieczeństwu danych w USA, jednocześnie osłabiając pozycję kraju w rywalizacji technologicznej, szczególnie z Chinami. Walker twierdzi, że proponowane zmiany „zrujnują produkty Google”, które na co dzień ułatwiają życie milionom ludzi.
Google planuje również apelację od wyroku o monopolu. Co ciekawe, sprawa nabiera dodatkowego wymiaru politycznego, ponieważ nowa administracja prezydencka ma wpływ na kierunek działań DoJ.
Donald Trump, który wkrótce przejmie stery w Białym Domu, wysyła sprzeczne sygnały. Z jednej strony krytykuje monopolistyczne praktyki Google, z drugiej sugeruje, że rozbicie firmy może zaszkodzić gospodarce i amerykańskiej pozycji na świecie. W swoim stylu dodał też, że Google promuje negatywne treści na jego temat w wynikach wyszukiwania.
Czy nowa administracja ostatecznie osłabi czy wzmocni naciski na giganta technologicznego? Zdaniem ekspertów, takich jak profesor William Kovacic, nie jest to jeszcze jasne, a wybór osób kluczowych dla DoJ – w tym prokuratora generalnego – może mieć decydujące znaczenie.
Walka o przyszłość Google toczy się na wielu frontach – prawnych, politycznych i technologicznych. Czy przeglądarka Chrome trafi na sprzedaż, a Android zmieni właściciela? Na razie pozostaje to w sferze domysłów, ale jedno jest pewne: nad Alphabetem zbierają się ciemne chmury. A to dopiero początek tej rozgrywki.